Jest taki moment, po którym trudno wrócić. Pacjent przestaje być człowiekiem i staje się kolejną procedurą, kolejnym łóżkiem, kolejnym numerem.
To nie jest znieczulica ani wada charakteru. To sposób, w jaki organizm broni się przed kontaktem z cierpieniem, na który nie ma już zasobów. I to jest zwykle pierwszy sygnał, że mówimy o wypaleniu, a nie o ciężkim miesiącu.
Wypalenie zawodowe medyków w liczbach – co pokazują polskie badania?
Ponad 41 proc. przedstawicieli kadry medycznej chciałoby zmienić miejsce pracy albo w ogóle zrezygnować z zawodu — z powodu przeciążenia pracą i agresji pacjentów. To wynik cząstkowy badania „Zdrowy medyk”, zrealizowanego przez Fundację Nie Widać Po Mnie.
Drugą liczbę z tego samego badania uważam za ważniejszą, choć rzadziej cytowaną: 60 proc. osób z kadry medycznej szuka wsparcia poza szpitalem, w którym pracuje. Nie poza systemem. Poza własnym miejscem pracy.
Skala samego zjawiska jest przy tym trudna do zbagatelizowania. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, prezentując w styczniu 2025 roku wyniki badania NIL, mówił o wypaleniu dotyczącym ponad połowy środowiska lekarskiego.
Zwróć uwagę, czego te liczby nie mówią. Nie mówią, że medycy są słabsi psychicznie niż reszta pracujących. Mówią, że w tym zawodzie obciążenie jest wpisane w codzienność, a wsparcie nie jest.
Dlaczego wypalenie w ochronie zdrowia wygląda inaczej niż w innych zawodach?
Bo w żadnym innym zawodzie zmęczenie nie zwalnia cię z obowiązku bycia empatycznym. Mechanizm wypalenia jest wszędzie ten sam — pisałem o nim w tekście o tym, czym jest wypalenie zawodowe i dlaczego urlop go nie leczy — ale warunki brzegowe są tu inne.
Składają się na to trzy rzeczy, których nie ma nigdzie indziej naraz.
- Odpowiedzialność za życie przy jednoczesnym braku wpływu na warunki. Odpowiadasz za decyzje kliniczne, ale nie za obsadę dyżuru, nie za liczbę łóżek i nie za to, ile masz czasu na jednego pacjenta.
- Oczekiwanie empatii niezależnie od stanu, w jakim jesteś. W dwudziestej drugiej godzinie dyżuru masz być tak samo obecny jak w drugiej. Pacjent, który do ciebie trafia, jest u ciebie pierwszy raz i ma do tego prawo.
- Stały kontakt z cierpieniem, którego nie da się rozliczyć. Handlowiec zamyka miesiąc. Ty nie zamykasz niczego — jutro przyjdą kolejni.
Ta trzecia rzecz odbiera coś, o czym mówi się najrzadziej: złudzenie sprawiedliwego świata. Po kilku latach wiesz, że ludziom przydarzają się rzeczy, na które niczym nie zasłużyli. Tego nie da się odzobaczyć i to zmienia człowieka także poza pracą.
Jak wygląda dzień po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze i dlaczego może wypalić w perspektywie?
Kończysz o ósmej rano. Przebierasz się, wychodzisz, wsiadasz do samochodu.
I nie ruszasz. Siedzisz przed domem kilkanaście minut, bo za drzwiami są ludzie, którzy będą chcieli rozmawiać, a ty nie masz jeszcze czym. To nie jest niechęć do nich. To jest ostatnia rzecz, jaka ci została z całej doby.
W środku dnia zaczynasz liczyć godziny snu do następnej zmiany. Nie planujesz odpoczynku, tylko przelicznik: ile muszę spać, żeby jutro być bezpieczny dla pacjenta.
Wieczorem ktoś pyta, jak było. Odpowiadasz „normalnie”, bo alternatywą jest opowiedzenie czegoś, po czym ta osoba nie zaśnie. Więc nie opowiadasz. I tak przez kilka lat.
Żadne z tych zdarzeń nie jest dramatem. Dramatem jest ich suma, rozłożona na dekadę.
Objawy wypalenia zawodowego u personelu medycznego – po czym je poznać?
Po tym, że jakość pracy zostaje, a zniknęło wszystko wokół niej. Wypalony lekarz czy pielęgniarka nadal wykonuje procedury poprawnie — i właśnie dlatego przez lata nikt nie reaguje.
Pierwszy sygnał to dystans wobec pacjenta, który przestaje być wyborem, a staje się jedynym dostępnym trybem. Rozmowa skraca się do niezbędnego minimum. Historia człowieka przestaje cię interesować, bo interesowanie się nią kosztuje, a nie masz z czego zapłacić.
Drugi to poczucie, że nic z tego nie wynika. Robisz swoje, system pochłania to bez śladu, jutro jest identyczne.
Trzeci widać poza pracą. Skracasz kontakty, odpuszczasz rzeczy, które kiedyś sprawiały przyjemność, i coraz częściej wybierasz milczenie zamiast opowiadania.
Czwarty jest najbardziej niepokojący i pojawia się w myślach o pacjentach: irytacja na kogoś, kto po prostu jest chory i tego wymaga. Kiedy zauważasz to u siebie i sam się tego przestraszysz, to nie znaczy, że jesteś złym medykiem. Znaczy, że jesteś na końcu zasobów.
Jedno zastrzeżenie mówię wprost, bo w tej grupie jest ono szczególnie potrzebne: jeśli to, co cię niepokoi, dotyczy zdrowia — snu, lęku, myśli, które cię przerażają — to rozmowa z lekarzem albo psychoterapeutą, nie z doradcą zawodowym. Ja pracuję z decyzją zawodową. Wiem, gdzie kończą się moje kompetencje.
Dlaczego medycy nie proszą o pomoc, choć mają do niej najbliżej?
Bo im bliżej do pomocy, tym większe ryzyko, że ktoś się dowie. To jest paradoks, który w innych zawodach nie występuje, i moim zdaniem najważniejsza rzecz do zrozumienia w całym temacie.
Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski ujął to w rozmowie z Prawo.pl bez owijania: część lekarzy próbuje leczyć się sama, część pada ofiarą nałogów, a ci, którzy szukają specjalisty, trafiają zwykle do zawodowych kolegów. Dostępność jest większa niż w jakiejkolwiek innej grupie. Razem z nią rośnie obawa, że ktoś „się dowie”.
Stąd bierze się ta liczba, od której zacząłem: sześciu na dziesięciu medyków szuka wsparcia poza własnym szpitalem.
Do tego dochodzi coś, co widać w danych fundacji prowadzącej program wsparcia dla medyków: wszyscy korzystający z niego medycy deklarowali poczucie osamotnienia. Wszyscy. W zawodzie, w którym pracuje się w zespołach, na oddziałach, w ciągłym kontakcie z ludźmi.
Powód jest prosty i niewygodny. W tym środowisku przyznanie się do zmęczenia bywa czytane jako przyznanie się do niekompetencji, a niekompetencja u medyka to nie jest kwestia wizerunku. To kwestia odpowiedzialności zawodowej. Więc się nie mówi.
Superwizja, której w polskiej medycynie nie ma
Rozwiązaniem systemowym nie jest kolejne szkolenie z odporności psychicznej, tylko miejsce, w którym regularnie omawia się trudne przypadki. To się nazywa superwizja i w ochronie zdrowia praktycznie nie istnieje.
Powiem, skąd to wiem, bo to akurat znam od środka. Jestem w trakcie czteroipółletniej szkoły psychoterapii i w tym zawodzie superwizja nie jest dodatkiem ani nagrodą za dobre wyniki. Jest warunkiem. Nie wolno pracować z ludźmi w kryzysie i nie mieć miejsca, w którym opowiadasz komuś doświadczonemu, co się z tobą dzieje przy tej pracy. To jest wpisane w standard zawodu.
Teraz zestaw to z medycyną, gdzie kontakt z cierpieniem jest nieporównanie częstszy, a odpowiedzialność większa. Standardu nie ma. Jest odprawa, są konsylia, jest omówienie przypadku od strony klinicznej. Nie ma miejsca na to, co ten przypadek zrobił z człowiekiem, który go prowadził.
Przez ponad dwadzieścia lat pracy wewnątrz firm, w tym jako koordynator do spraw bezpieczeństwa psychicznego i obciążeń mentalnych, widziałem tę samą lukę w zespołach pod presją: organizacje inwestują w kompetencje techniczne i zupełnie pomijają koszt emocjonalny, który te kompetencje generują. Różnica polega na tym, że w korporacji tym kosztem jest rotacja. W szpitalu bywa nim błąd.
To jest też powód, dla którego uważam, że część odpowiedzialności leży po stronie placówek, a nie pojedynczych medyków. Pracuję z zespołami nad tym w ramach warsztatów i team coachingu, ale nie będę udawał, że jedno szkolenie zmienia kulturę oddziału.
Odejść z medycyny czy zmienić sposób jej uprawiania?
W tej grupie odejście z zawodu jest rzadziej właściwą odpowiedzią niż zmiana tego, jak się w nim pracuje — i te dwie rzeczy trzeba rozdzielić, zanim zapadnie decyzja. Poniższe pytania są tym, od czego zaczynam takie rozmowy.
- Czy problemem jest medycyna, czy to konkretne miejsce i tempo? Wyobraź sobie tę samą specjalizację, ale bez dyżurów dwudziestoczterogodzinnych, w mniejszej placówce albo w innym trybie. Ulga czy obojętność? Jeśli ulga, mówimy o zmianie warunków, nie o odejściu z zawodu. To zupełnie inna skala decyzji i zupełnie inne koszty.
- Co robiłbyś, gdyby pieniądze były takie same? To pytanie brzmi naiwnie, dopóki nie usłyszysz odpowiedzi. Bardzo często pada w nim coś, co nadal jest medycyną: uczenie, diagnostyka bez dyżurów, praca z konkretną grupą pacjentów, orzecznictwo, badania kliniczne, edukacja zdrowotna. Rzadziej pada „cokolwiek, byle nie to”.
- Czy to ostatnie dwa lata, czy ostatnie dziesięć? Dwa lata to zwykle kwestia warunków i da się je zmienić. Dziesięć oznacza, że rozmawiamy o czymś, co narastało przez pół kariery, i wtedy decyzja wymaga planu, a nie postanowienia po ciężkim dyżurze.
Dyplom lekarza, pielęgniarki czy ratownika otwiera więcej dróg, niż się z wewnątrz systemu widzi. Jak zaplanować takie przejście, opisałem w tekście o tym, jak się przebranżowić i zmienić zawód. Podobny mechanizm — zawód z misją, z którego trudno wyjść właśnie dlatego, że miał sens — opisałem też przy wypaleniu zawodowym nauczycieli.
Kiedy warto porozmawiać o tym z kimś spoza ochrony zdrowia?
Wtedy, gdy zależy ci, żeby rozmowa nie wróciła do twojego oddziału. To brzmi banalnie, dopóki nie jesteś w środowisku, w którym wszyscy się znają.
Druga sytuacja jest praktyczna: przeszedłeś przez trzy pytania powyżej i utknąłeś, bo nie wiesz, co z twoich kompetencji jest przenoszalne. Medycy systematycznie zaniżają tę ocenę. Praca pod presją czasu, decyzje przy niepełnych danych, prowadzenie zespołu w sytuacji krytycznej, rozmowa z człowiekiem w najgorszym dniu jego życia — poza szpitalem to są kompetencje, za które się płaci.
W doradztwie zawodowym online pracuję nad tym, co realnie jest do wyboru: co da się zmienić w obecnym miejscu, co jest do przeniesienia gdzie indziej i w jakiej kolejności to robić, żeby nie zostać bez planu.
Umów wstępną rozmowę. Nie musisz przychodzić z gotową decyzją — w tej grupie prawie nikt nie przychodzi.