Wypalenie zawodowe w służbach medycznych — gdy codziennie stawką jest czyjeś życie

Łukasz Zasada
Łukasz Zasada 9 min czytania
Wypalenie zawodowe w służbach medycznych — gdy codziennie stawką jest czyjeś życie

Jest taki moment, po którym trudno wrócić. Pacjent przestaje być człowiekiem i staje się kolejną procedurą, kolejnym łóżkiem, kolejnym numerem.

To nie jest znieczulica ani wada charakteru. To sposób, w jaki organizm broni się przed kontaktem z cierpieniem, na który nie ma już zasobów. I to jest zwykle pierwszy sygnał, że mówimy o wypaleniu, a nie o ciężkim miesiącu.

Wypalenie zawodowe medyków w liczbach – co pokazują polskie badania?

Ponad 41 proc. przedstawicieli kadry medycznej chciałoby zmienić miejsce pracy albo w ogóle zrezygnować z zawodu — z powodu przeciążenia pracą i agresji pacjentów. To wynik cząstkowy badania „Zdrowy medyk”, zrealizowanego przez Fundację Nie Widać Po Mnie.

Drugą liczbę z tego samego badania uważam za ważniejszą, choć rzadziej cytowaną: 60 proc. osób z kadry medycznej szuka wsparcia poza szpitalem, w którym pracuje. Nie poza systemem. Poza własnym miejscem pracy.

Skala samego zjawiska jest przy tym trudna do zbagatelizowania. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, prezentując w styczniu 2025 roku wyniki badania NIL, mówił o wypaleniu dotyczącym ponad połowy środowiska lekarskiego.

Zwróć uwagę, czego te liczby nie mówią. Nie mówią, że medycy są słabsi psychicznie niż reszta pracujących. Mówią, że w tym zawodzie obciążenie jest wpisane w codzienność, a wsparcie nie jest.

Dlaczego wypalenie w ochronie zdrowia wygląda inaczej niż w innych zawodach?

Bo w żadnym innym zawodzie zmęczenie nie zwalnia cię z obowiązku bycia empatycznym. Mechanizm wypalenia jest wszędzie ten sam — pisałem o nim w tekście o tym, czym jest wypalenie zawodowe i dlaczego urlop go nie leczy — ale warunki brzegowe są tu inne.

Składają się na to trzy rzeczy, których nie ma nigdzie indziej naraz.

  1. Odpowiedzialność za życie przy jednoczesnym braku wpływu na warunki. Odpowiadasz za decyzje kliniczne, ale nie za obsadę dyżuru, nie za liczbę łóżek i nie za to, ile masz czasu na jednego pacjenta.
  1. Oczekiwanie empatii niezależnie od stanu, w jakim jesteś. W dwudziestej drugiej godzinie dyżuru masz być tak samo obecny jak w drugiej. Pacjent, który do ciebie trafia, jest u ciebie pierwszy raz i ma do tego prawo.
  1. Stały kontakt z cierpieniem, którego nie da się rozliczyć. Handlowiec zamyka miesiąc. Ty nie zamykasz niczego — jutro przyjdą kolejni.

Ta trzecia rzecz odbiera coś, o czym mówi się najrzadziej: złudzenie sprawiedliwego świata. Po kilku latach wiesz, że ludziom przydarzają się rzeczy, na które niczym nie zasłużyli. Tego nie da się odzobaczyć i to zmienia człowieka także poza pracą.

Jak wygląda dzień po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze i dlaczego może wypalić w perspektywie?

Kończysz o ósmej rano. Przebierasz się, wychodzisz, wsiadasz do samochodu.

I nie ruszasz. Siedzisz przed domem kilkanaście minut, bo za drzwiami są ludzie, którzy będą chcieli rozmawiać, a ty nie masz jeszcze czym. To nie jest niechęć do nich. To jest ostatnia rzecz, jaka ci została z całej doby.

W środku dnia zaczynasz liczyć godziny snu do następnej zmiany. Nie planujesz odpoczynku, tylko przelicznik: ile muszę spać, żeby jutro być bezpieczny dla pacjenta.

Wieczorem ktoś pyta, jak było. Odpowiadasz „normalnie”, bo alternatywą jest opowiedzenie czegoś, po czym ta osoba nie zaśnie. Więc nie opowiadasz. I tak przez kilka lat.

Żadne z tych zdarzeń nie jest dramatem. Dramatem jest ich suma, rozłożona na dekadę.

Objawy wypalenia zawodowego u personelu medycznego – po czym je poznać?

Po tym, że jakość pracy zostaje, a zniknęło wszystko wokół niej. Wypalony lekarz czy pielęgniarka nadal wykonuje procedury poprawnie — i właśnie dlatego przez lata nikt nie reaguje.

Pierwszy sygnał to dystans wobec pacjenta, który przestaje być wyborem, a staje się jedynym dostępnym trybem. Rozmowa skraca się do niezbędnego minimum. Historia człowieka przestaje cię interesować, bo interesowanie się nią kosztuje, a nie masz z czego zapłacić.

Drugi to poczucie, że nic z tego nie wynika. Robisz swoje, system pochłania to bez śladu, jutro jest identyczne.

Trzeci widać poza pracą. Skracasz kontakty, odpuszczasz rzeczy, które kiedyś sprawiały przyjemność, i coraz częściej wybierasz milczenie zamiast opowiadania.

Czwarty jest najbardziej niepokojący i pojawia się w myślach o pacjentach: irytacja na kogoś, kto po prostu jest chory i tego wymaga. Kiedy zauważasz to u siebie i sam się tego przestraszysz, to nie znaczy, że jesteś złym medykiem. Znaczy, że jesteś na końcu zasobów.

Jedno zastrzeżenie mówię wprost, bo w tej grupie jest ono szczególnie potrzebne: jeśli to, co cię niepokoi, dotyczy zdrowia — snu, lęku, myśli, które cię przerażają — to rozmowa z lekarzem albo psychoterapeutą, nie z doradcą zawodowym. Ja pracuję z decyzją zawodową. Wiem, gdzie kończą się moje kompetencje.

Dlaczego medycy nie proszą o pomoc, choć mają do niej najbliżej?

Bo im bliżej do pomocy, tym większe ryzyko, że ktoś się dowie. To jest paradoks, który w innych zawodach nie występuje, i moim zdaniem najważniejsza rzecz do zrozumienia w całym temacie.

Rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski ujął to w rozmowie z Prawo.pl bez owijania: część lekarzy próbuje leczyć się sama, część pada ofiarą nałogów, a ci, którzy szukają specjalisty, trafiają zwykle do zawodowych kolegów. Dostępność jest większa niż w jakiejkolwiek innej grupie. Razem z nią rośnie obawa, że ktoś „się dowie”.

Stąd bierze się ta liczba, od której zacząłem: sześciu na dziesięciu medyków szuka wsparcia poza własnym szpitalem.

Do tego dochodzi coś, co widać w danych fundacji prowadzącej program wsparcia dla medyków: wszyscy korzystający z niego medycy deklarowali poczucie osamotnienia. Wszyscy. W zawodzie, w którym pracuje się w zespołach, na oddziałach, w ciągłym kontakcie z ludźmi.

Powód jest prosty i niewygodny. W tym środowisku przyznanie się do zmęczenia bywa czytane jako przyznanie się do niekompetencji, a niekompetencja u medyka to nie jest kwestia wizerunku. To kwestia odpowiedzialności zawodowej. Więc się nie mówi.

Superwizja, której w polskiej medycynie nie ma

Rozwiązaniem systemowym nie jest kolejne szkolenie z odporności psychicznej, tylko miejsce, w którym regularnie omawia się trudne przypadki. To się nazywa superwizja i w ochronie zdrowia praktycznie nie istnieje.

Powiem, skąd to wiem, bo to akurat znam od środka. Jestem w trakcie czteroipółletniej szkoły psychoterapii i w tym zawodzie superwizja nie jest dodatkiem ani nagrodą za dobre wyniki. Jest warunkiem. Nie wolno pracować z ludźmi w kryzysie i nie mieć miejsca, w którym opowiadasz komuś doświadczonemu, co się z tobą dzieje przy tej pracy. To jest wpisane w standard zawodu.

Teraz zestaw to z medycyną, gdzie kontakt z cierpieniem jest nieporównanie częstszy, a odpowiedzialność większa. Standardu nie ma. Jest odprawa, są konsylia, jest omówienie przypadku od strony klinicznej. Nie ma miejsca na to, co ten przypadek zrobił z człowiekiem, który go prowadził.

Przez ponad dwadzieścia lat pracy wewnątrz firm, w tym jako koordynator do spraw bezpieczeństwa psychicznego i obciążeń mentalnych, widziałem tę samą lukę w zespołach pod presją: organizacje inwestują w kompetencje techniczne i zupełnie pomijają koszt emocjonalny, który te kompetencje generują. Różnica polega na tym, że w korporacji tym kosztem jest rotacja. W szpitalu bywa nim błąd.

To jest też powód, dla którego uważam, że część odpowiedzialności leży po stronie placówek, a nie pojedynczych medyków. Pracuję z zespołami nad tym w ramach warsztatów i team coachingu, ale nie będę udawał, że jedno szkolenie zmienia kulturę oddziału.

Odejść z medycyny czy zmienić sposób jej uprawiania?

W tej grupie odejście z zawodu jest rzadziej właściwą odpowiedzią niż zmiana tego, jak się w nim pracuje — i te dwie rzeczy trzeba rozdzielić, zanim zapadnie decyzja. Poniższe pytania są tym, od czego zaczynam takie rozmowy.

  1. Czy problemem jest medycyna, czy to konkretne miejsce i tempo? Wyobraź sobie tę samą specjalizację, ale bez dyżurów dwudziestoczterogodzinnych, w mniejszej placówce albo w innym trybie. Ulga czy obojętność? Jeśli ulga, mówimy o zmianie warunków, nie o odejściu z zawodu. To zupełnie inna skala decyzji i zupełnie inne koszty.
  1. Co robiłbyś, gdyby pieniądze były takie same? To pytanie brzmi naiwnie, dopóki nie usłyszysz odpowiedzi. Bardzo często pada w nim coś, co nadal jest medycyną: uczenie, diagnostyka bez dyżurów, praca z konkretną grupą pacjentów, orzecznictwo, badania kliniczne, edukacja zdrowotna. Rzadziej pada „cokolwiek, byle nie to”.
  1. Czy to ostatnie dwa lata, czy ostatnie dziesięć? Dwa lata to zwykle kwestia warunków i da się je zmienić. Dziesięć oznacza, że rozmawiamy o czymś, co narastało przez pół kariery, i wtedy decyzja wymaga planu, a nie postanowienia po ciężkim dyżurze.

Dyplom lekarza, pielęgniarki czy ratownika otwiera więcej dróg, niż się z wewnątrz systemu widzi. Jak zaplanować takie przejście, opisałem w tekście o tym, jak się przebranżowić i zmienić zawód. Podobny mechanizm — zawód z misją, z którego trudno wyjść właśnie dlatego, że miał sens — opisałem też przy wypaleniu zawodowym nauczycieli.

Kiedy warto porozmawiać o tym z kimś spoza ochrony zdrowia?

Wtedy, gdy zależy ci, żeby rozmowa nie wróciła do twojego oddziału. To brzmi banalnie, dopóki nie jesteś w środowisku, w którym wszyscy się znają.

Druga sytuacja jest praktyczna: przeszedłeś przez trzy pytania powyżej i utknąłeś, bo nie wiesz, co z twoich kompetencji jest przenoszalne. Medycy systematycznie zaniżają tę ocenę. Praca pod presją czasu, decyzje przy niepełnych danych, prowadzenie zespołu w sytuacji krytycznej, rozmowa z człowiekiem w najgorszym dniu jego życia — poza szpitalem to są kompetencje, za które się płaci.

W doradztwie zawodowym online pracuję nad tym, co realnie jest do wyboru: co da się zmienić w obecnym miejscu, co jest do przeniesienia gdzie indziej i w jakiej kolejności to robić, żeby nie zostać bez planu.

Umów wstępną rozmowę. Nie musisz przychodzić z gotową decyzją — w tej grupie prawie nikt nie przychodzi.

Łukasz Zasada

O autorze

Łukasz Zasada

Na co dzień wspieram osoby i zespoły w kryzysie zawodowym i procesie zmiany. Latami pracowałem z ludźmi pod presją w międzynarodowych zespołach jako koordynator ds. bezpieczeństwa psychicznego i obciążeń mentalnych. Ponad 20 lat doświadczeń przekładam na konkretne wsparcie. Jestem w trakcie 4,5-letniej szkoły psychoterapii (systemowo-ericksonowskiej).

Zastanawiasz się jak zrobić pierwszy krok?
Porozmawiajmy!

Napisz e-mail, zadzwoń lub umów się na rozmowę